wtorek, 19 lipca 2016

Bieszczady z dziećmi

góry z dziećmi, chodzenie po górach z dziećmi
Miało być na dłużej. Miał być porządny wakacyjny wyjazd z trekkingiem, leniwymi dniami restowymi przy namiocie  nad rzeczką, ogniska miały być i bieganie na bosaka.

Ale przegoniły nas deszcze i burze, próbowały to zresztą zrobić już od pierwszego dnia (o czym za chwilę) i wróciliśmy wcześniej. W każdym razie te parę dni wystarczyły, by na nowo zakochać się w Bieszczadach, w których ostatnio byliśmy prawie pięć lat temu (dowiadując się o małym Wilczku w brzuchu).

Postój po drodze, wymuszony chorobą lokomocyjną Iskry, ale za to w jakich okolicznościach przyrody...
Byliśmy oczywiście z dzieciakami, moje plany dotyczące samotnych beztroskich górskich wypadów jakoś się nie spełniają póki co...

Pierwszego dnia, po nocno - porannej podróży i rozbiciu namiotu wyruszyliśmy na szlak wiodący na Połoninę Wetlińską. Uznaliśmy, że nadszedł czas, by oswajać dzieciaki nie tylko z cudownością górskich widoków, ale też z samą górską wędrówką. (Wszystko bez presji oczywiście, na zasadzie zabawy.) Ale młodzież podchwyciła i byliśmy szczerze zaskoczeni ich zapałem w chodzeniu. To nie były jakieś wielkie odcinki, ale oni sobie trochę pochodzili, a my mogliśmy nieco odpocząć od słodkiego ciężaru. W innych odcinkach, słodki ciężar na moich plecach raczył mnie piosenkami, chrapaniem i okrzykami dopingującymi w stylu "sibciej mama, gonimy tatusia".

Bieszczady z dzieckiem, trekking z małymi dziećmi
 

góry z dziećmi, chodzenie po górach z dziećmi

Na górze... Zachwyty, jak to zwykle. Pięknie jest na górze i choć można się nawpatrywać w miliony zdjęć z górskimi widokami, nic nie zastąpi efektu na żywo.
Snuje się ta połonina, zielenieje tysiącem odcieni, zachwyca totalnie i brzmi w wiatru szumie. Tym razem niestety przy horyzoncie zaczęły się kłębić raczej niesympatyczne chmury, więc nie zwlekaliśmy zbyt długo i ruszyliśmy dość żwawo (żwawiej jeszcze, gdy połonina zaczęła też brzmieć pomrukami burzowymi).



góry z dzieckiem, chodzenie po górach z dziećmi, trakking z dziećmi

Mąż postraszył mnie (nieistniejącym, jak się okazało) przysłowiem o tym, że "kruki tańczą na szkydłach burzy". Ale faktycznie tak było. Naprawdę tańczyły. I naprawdę na skrzydłach burzy;)
Drogę powrotną pokonaliśmy w arcy żwawym tempie. Gdy byliśmy w zasadzie na dole, zaczął się straszno - piękny spektakl piorunów rąbiących w góry, przy imponującym akompaniamencie grzmotów. Pojawiły się pierwsze krople deszczu. Przykryliśmy nosidła ochraniaczami przeciwdeszczowymi, założyliśmy kurtki, mąż ochraniacze na buty (ja beztrosko stwierdziłam, że już bez przesady, w końcu za chwilę będziemy w schronisku) i wtedy krople deszczu przeobraziły się w chlustające wiadra wody z gradem. Szliśmy, choć może trzeba by powiedzieć płynęliśmy, i dotarliśmy, cali ociekający (ja z chlupotem w butach oczywiście, bo nalało mi się od góry) po jakiś 15 minutach do schroniskowej świetlicy.

Ale przeżyliśmy, młodzież trochę przestraszona przygodą, ze spodenkami do przebrania (bo dotykali kolanami do ochraniaczy), już po chwili czarowali swoim nieodpartym wdziękiem, jedli frytki i oszukiwali w Chińczyka.
Moje popisowe danie biwakowe, czyli kuskus z podsmażaną cukinią, pomidorem i czarnymi oliwkami i serem kozim



Potem był dzień zakwasów, deszczu i wycieczki kolejką bieszczadzką. Maluchom się podobało, bo pociąg przecież i Wilczek aż piszczał z radości przy tej mnogości lokomotyw widzianych z bliska i na żywo.
Osobiście, aż tak ekstatycznie zachwycona nie byłam, za to dodatkowo lekko zniesmaczona faktem, że Bieszczady zmieniają się w drugie Zakopane (pod względem cen za wszystko, ilości ludzi i straganów z gratami pamiątkami). Trasa kolejki przyjemna, wiodąca przez lasy - ładne oczywiście, ale wielkiego szału nie było.
A wieczorem, na naszym przesympatycznym polu namiotowym, zażyliśmy też przemiłej imprezy, zostawiwszy dzieci pod czułą opieką walkie-talkie. (innego wieczora był tez koncert, ale wtedy właśnie czułym walkie-talkie raczyły się zużyć baterie) (szczęśliwie w namiocie i tak wszystko słyszeliśmy)

Kałuże, kałuże jedna z głównych atrakcji campingu


W następne dni udało nam się trochę pochodzić, wśród pogody dość przyzwoitej, choć nie za ciepłej, nacieszyć wędrówką, widokami, lasami górskimi o wielkich zamszałych drzewach i nazachwycać cudownym bieszczadzkim światem.

Przytroczony jadowicie zielony nocnik dominuje każde zdjęcie, ale to jedna z potrzebniejszych rzeczy na szlaku;)




 
Samo biwakowanie z dziećmi mamy przerobione (np tu lub tu) maluchy w namiocie odnajdują się świetnie, w końcu to wspaniała baza. A i sam camping, cały w (mokrej niestety) trawie był dla nich świetnym placem zabaw, choć na pewnie byłoby świetniej gdyby jednak dało się na tej trawie usiąść. Obok płynęła też prawdopodobnie-urocza-rzeczka, Wetlinka, która niestety po wielkiej burzy pierwszej nocy zmieniła się w rwący brązowy potok. Dlatego planujemy tam wrócić, może jeszcze tego lata, żeby trochę spokojnie się podelektować tym bieszczadzkim klimatem.

21 komentarzy:

  1. Z przyjemnością przeczytałam wpis od początku do końca, w dużej mierze dlatego, że obieram ten sam kierunek juz za trzy dni! To mój pierwszy raz w Bieszczadach, ale po Twojej relacji i zdjęciach widzę, że się nie pomyliłam wybierając w tym roku kolejny raz wakacje w Polsce, która jest po prostu piękna! W dodatku dziękuję za trochę spokoju, który zyskałam, czytając o tym, że nawet z burzami i ulewami może być przyjemnie. Narazie nie zanosi się chyba na poprawę pogody, wiec optymizm bijący z tego tekstu naprawdę bardzo mi się przyda :)
    Świetna relacja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super się złożyło:)
      Deszcze i ulewy nie są takie złe, gdy ma się z dobre buty i kurtki (nawet ma to swój klimat), ale gdy jest deszczowo przez parę dni pod rząd robi już się mniej fajnie;)
      Udanego wyjazdu!

      Usuń
  2. przybieram się do podróży w Bieszczady od jakiegoś czasu, mam nadzieję, że w przyszłym roku się uda
    patrząc po Twoich zdjęciach jest to wspaniałe miejsce na aktywny wypoczynek i całodniowe wędrówki, które uwielbiam

    OdpowiedzUsuń
  3. O to widzę, że pogoda taka sama jak i u mnie jak w górach byłam.. Wstyd się przyznać ale jeszcze nigdy w Bieszczadach nie byłam a to moje wielkie marzenie !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, czego wstyd, ja np nigdy nie byłam w Sudetach:)
      Po prostu trzeba nadrobić:)

      Usuń
  4. Wow, jakie widoki! Zakochałam się *.*

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniałe zdjęcia i piękne widoki! :)
    Pozdrawiam, Aparetka

    OdpowiedzUsuń
  6. Ech, westchnęłam sobie czytając Twoją wyprawę do górek moich, polskich bieszczadzkich. Świetne jest, to że łazicie po szlakach z dzieciakami i obcujecie z wymarłym już gatunkiem zakapiorskim bieszczadzkim. Jeszcze są tam w górach chaty, gdzie można przespać się za darmo i napalić w piecu drewno, jak się uda to można spotkać jeszcze zakapiora, albo ekipę podobną włóczęgów(oczywiście poza turystycznymi szlakami. Mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę i pokażę młodemu.
    *Jak dobrze, że jesteś i dzielisz się z nami swoim wyczuciem i smakiem do życia. Dla mnie to Blog na medal, pomyśl o wzięciu udziału w przyszłym roku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku Eluna, jak mi miło czytać takie słowa:*
      Jest w Bieszczadach jeszcze klimat, choć coraz mocniej niestety robi się tam drugie Zakopane

      Usuń
  7. świetne zdjęcia <3 cudne dzieciaki :) uwielbiam chodzić po górach :*

    https://wooho11.blogspot.com - Zapraszam <3 Jeśli Ci się spodoba - zaobserwuj :) Na pewno się odwdzięczę <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Podziwiam za takie wielkie jak dla mnie podróże z dziećmi,szacun pełen :) My też Malucha wszędzie taszczymy,ale histeryczno-marudnej naturze w tym wieku trudno dostrzec jakiekolwiek uroki świata, spędzając sen z oczu i wpedzajac w neurotyczne stany rodzicielke. Rewelacyjna wyprawa,szkoda, że ta pogoda kapryśna taka. Ważne że wrocicie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to, marudy i histerie potrafią zepsuć każdą wycieczkę.I ja pozdrawiam!

      Usuń
  9. Skasował mi się taki rozbudowany komentarz!! No nic, napiszę tylko, że zazdroszczę ogromnie takich wycieczek, u nas chwilowo spacer w górach oznacza jakiś deptak, lub drogę asfaltową co najmniej. Tęsknię za przestrzenią i po prostu drogą do przebycia. Piękne zdjęcia jak zawsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda okropna, ja tak lubię rozbudowane komentarze!! Rozumiem tęsknoty, choć i tak dajesz radę z trójką! Jeszcze troche i na pewno ruszycie w jakąś piękną przestrzeń:)
      Dzięki i pozdrawiam!

      Usuń
  10. Jejciu, zatesknilo mi sie za tym gorskim szwendaniem z bachorkami :)!!! A tu plecki bola, zylaki dokuczaja ;P i taka sie stara przez ten rok zrobilam, ze szkoda gadac.
    Dzieciaczki Wasze dzielne :) i choc pogoda nie dopisala to i tak widze, ze wyjazd byl fajny :)!!!
    Gdzie biwakowaliscie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ruda, Wy i tak się nieźle szwendacie z bachorkami:)
      Biwakowaliśmy na świetnym campingu przy dawnym domu wycieczkowym pttk w Wetlinie

      Usuń
  11. O kurcze ;) kiedy napisałas na fb, że wrociliscie, i ze szykuje sie Bieszczadzki post, my z mężem nuciliśmy podłamani piosenkę Całusów
    "Okna za szarą zasłoną, a góry w deszczu wciąż nie przestają kusić,
    A jutro będzie pogoda, jutro NA PEWNO, jutro już można wyruszyć..."

    dumajac, co by tu zaproponowac naszym małym piechurom jezeli jednak NIE bedzie można... dzień wcześniej wyszliśmy do Chatki Puchatka końską drogą, z planem przejścia Wetlińskiej ale podczas konsumowania kanapek w schronisku naszła mgła tak gęsta i przenikliwe osiadająca na ubraniach ze odzialiśmy pociechy w czapki i rękawiczki i zeszliśmy spowrotem... i wtedy tez nucilismy Całusów

    "u Pana Boga za piecem lekko fałszywa gitara kaleczy uszy,
    na elektrycznych grzejnikach zajęły miejsca swetry, skarpety i buty..."
    Ale w końcu doczekaliśmy się słońca, nasze małe nogi dzielnie towarzyszyły na szlakach na Rawki, a następnego dnia na Tarnice przez Szeroki Wierch. Nie podzielały zachwytu bieszczadzkich poetów buczyną ;P ale ponad poziomem lasu juz były zachwyty i szli jak na skrzydłach. Na koniec ostatniego dnia wreszcie mogli powrzucać nieskończona liczbę kamieni i poprzelewać niskonczona ilosc wody nad Wetlinką. Tak wiec przydało sie wszystko co wzięliśmy - od rękawiczek po kąpielówki i stroje kąpielowe. Dzis już dotarliśmy do Lublina, jutro bede przekopywać sie przez zdjecia, dzis juz nie mam siły ;) A dla Was gatulacje za ten biwak! Bo my jednak w ciepłym pokoju przeczekalismy.
    Pozdrawiam, Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, to widzę, że się zgraliśmy:)
      U nas niestety stroje kąpielowe się nie przydały, ale nadrobiliśmy już teraz pod Lublinem;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  12. Te wycieczki w deszczu wspomina się najdłużej i z największym sentymentem - szczególnie dzieciaki. Wakacje bajka!!! P.S. Jeśli to Decathlon to moje dzieciaki mają identyczne kurtki jak Twoje;) w tej samej wiekowej konfiguracji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie, takie przygody wspomina się najbardziej:)
      Tak, kurtki z Decathlonu, są świetne:)

      Usuń

Dziękuję za spędzony u mnie czas i każdy komentarz. Jeśli spodobał Ci się ten post, będzie mi miło jeśli go zalajkujesz / udostępnisz:) Pozdrawiam!