poniedziałek, 16 kwietnia 2018

kto ma czas slow life?


Hasztag slow jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slow jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slow jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?


Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life
A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.


Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

27 komentarzy:

  1. Dziękuję Ci za ten tekst. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody" – kwintesencja tematu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest pięknie :)!!!
    Dzięki, że jesteś(cie).
    Podglądanie Was przypomina mi raz za razem, co w życiu jest najważniejsze :)!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję i ja za te słowa! Miałam ostatnio pracowniczo-zawodowe doły,narzekałam na to i tamto,ale to przecież też część życia. Aha, dodam jeszcze,że spódnica Twa piękna! Pozdrawiam! Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny post i piękna spódnica :) Zdradzisz, gdzie ją znalazłaś? Marzę o takiej...

    OdpowiedzUsuń
  6. No moim zdaniem jeśli ktoś mówi "jest dobrze" to najlepszy dowód że nie jest dobrze, bo by było dobrze i nie trzeba byłoby mówić. Innymi słowy, zadowolenie nie jest powodem do zaprzestania pracy czy to nad sobą, czy nad światem czy zawodem.
    Pozdrawiam i zapraszam na mój blog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, nigdzie nie napisałam, że zadowolenie jest powodem do zaprzestania pracy jakiejkolwiek.

      I zupełnie nie czuję, i nie zgadzam się z ta logiką, że mówienie "jest dobrze" to najlepszy dowód że nie jest dobrze". To tak jakby sugerować, że mówienie "świeci słońce" było dowodem na to, że pada deszcz;)
      Ja też pozdrawiam

      Usuń
  7. Zgadzam się z Tobą, że uważność i slow life można praktykować na co dzień, skupiać się na małych, dobrych chwilach, na momentach, które mają znaczenie - a każdy ma. Pomijanie codzienności wcale nie jest slow. A chyba najważniejsze po prostu żyć w zgodzie z sobą.

    OdpowiedzUsuń
  8. Slow dla każdego będzie znaczyło coś innego. Też jestem mamą, żoną, też mam pracę, ale o moim"slow" decydują właśnie te drobiazgi- spacer z rodziną, weekendowy piknik na działce, możliwość pokazania dziecku świata, zarażenia jej moją pasją. Wcale nie trzeba wielkich fajerwerków, żeby żyć uważnie.
    Świetnie to ubrałaś w słowa!

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam ostatnio wrażenie, że jak słońce mocniej świeci to takie momenty łatwiej wychwycić.
    Piszę z zupełnie innego powodu. Poczytuję Twojego bloga od dawna, ale komentuję chyba pierwszy raz. Mam pytanie natury logistycznej. Jak pakowaliście się na jednodniową wycieczkę w góry mając dzieci jeszcze w nosidle/ chuście/ plecaku na dziecko? Skoro na plecach ma się dzieciaka, to gdzie zapakować ten cały górski ekwipunek?
    Mi oraz mojemu M. góry od zawsze były bardzo bliskie, jeździliśmy już także ze Starszym (wtedy on był w plecaku na dziecko u taty, a ja miałam plecak z całą resztą). Ale teraz jest nas czworo i sprawa się trochę komplikuje. Nawet nie bardzo potrafię to sobie wyobrazić. ;) Starszy (2,5 l) pewnie też momentami będzie chciał być w plecaku niesiony, jak nie całą drogę (ten plecak na dziecko ma w zestawie taki mini plecaczek, w którym mieszczą się w zasadzie tylko podstawowe rzeczy dla niego). A Młody (5 miesięcy) u mnie w chuście na przodzie, a na plecach plecak. A ten cały górski ekwipunek (kurtki przeciwdeszczowe, koc piknikowy, pieluchy, ubranko na zmianę, wody, prowiant itd. nawet przy maksymalnym minimalizmie trochę się tego nazbiera).
    Pozdrawiam serdecznie, panna_lilla
    P.S. Czerwona sukienka z poprzedniego wpisu jest boska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o góry z dzieciakami. Gdy maluchy są malutkie, "wędrują" z nami w chuście, wtedy plecak jest na plecach. Na starsze dzieci mamy nosiła turystyczne Deutera - one mają całkiem przyzwoitą przestrzeń załadunkową:)
      No i ograniczamy ekwipunek - koc piknikowy cienki i bez dodatkowej warstwy, woda w bukłakach camelbak, no i te ubranka na zmianę też w ograniczonej ilości;)

      Usuń
  10. bo prawdziwy slow life to stan umysłu właśnie, nie mogłabym się z Tobą zgodzić bardziej:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Człowiek musi sobie co jakiś czas o tym wszystkim przypominać, choćby takim tekstem jak Twój :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Cóż, slow life wydaje mi się, że to zagadnienie bardzo umieszczone w teorii. Każdy doda #slowlife na instagramie i rozpowszechnia pewnego rodzaju obraz, który kompletnie nie odzwierciedla tego, czym ten slow life jest. Wielu z nas żyje w biegu. Nawet je śniadanie biegnąc w stronę przystanku w jednej ręce z teczką, a w drugiej z torebką. Czasem taki widok jest komiczny, ale w mojej głowie powstaje pytanie: "a co by było, gdyby zwolnić?". Często przez to nie zwracamy w ogóle uwagi na to co się dzieje, dlatego ja wbrew wszystkiemu zaczęłam doceniać spacer do pracy. Podczas ciąży, gdy jeszcze mogłam pracować, właśnie przez taką przechadzkę wpadła mi w oko sukienka do karmienia, a pewnie gdybym była w biegu to kompletnie bym jej nie zauważyła. Poza tym to co nas otacza również zasługuje na uwagę - przyroda, zabytki, dzieła architektury nowoczesnej i wiele innych rzeczy... to wszystko tworzy pewną całość, a rzadko kiedy mamy czas przystanąć i się rozejrzeć. Śpieszymy się, bo jest to "modne" w pewien sposób, a jak jeszcze sobie "radzimy" z presją czasu to już w ogóle jesteśmy "świetni" i "wielozadaniowi". W pewnym sensie to wszystko bierze się z naszego braku organizacji czasu i nawyku robienia rzeczy wcześniej bądź staraniu się zapobiec temu, co mogłoby się wydarzyć. Pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów w rozwoju bloga :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za spędzony u mnie czas i każdy komentarz. Jeśli spodobał Ci się ten post, będzie mi miło jeśli go zalajkujesz / udostępnisz:) Pozdrawiam!