poniedziałek, 8 lutego 2016

Trudne strony podróżowania z dziećmi


Nie był to dla mnie przyjemny tydzień, chorujące potomstwo stłoczone w czterech kątach, z dnia na dzień bardziej zmęczone infekcją (szczęśliwie dość łagodną) i w związku z tym rozmarudzone, i ja, z dnia na dzień bardziej zmęczona potomstwem i naprzemiennymi fochami, jękami, smuteczkami i kłótniami. Wisienką na torcie był weekend, gdy do towarzystwa zadżumionych dołączył mąż.
A liczyłam na jakąś wycieczkę.

Może trochę na przełamanie tą wycieczkę, bo ostatnia do najudańszych nie należała...

Dlatego dziś o trudnych stronach podróżowania z dziećmi. Są one w zasadzie dość oczywiste, i to one stają przed oczami jako pierwsze, gdy zestawi się ze sobą słowa "podróż" i "dzieci", na zasadzie, że to się udać nie może. Ja koncentrowałam się dotychczas na pozytywach, że warto, bo to integruje, otwiera, wychowuje, poszerza horyzonty małym i dużym i zwyczajnie nie ma co odkładać swojego uluboinego stylu życia na bok, oczekując, aż dzieci dorosną do tzw odpowiedniego (czyli jakiego w gruncie rzeczy?) wieku. (zainteresowanych odsyłam do wpisu o tym, czy warto podróżować z małymi dziećmi, albo o ostatniej wycieczce w Alpy, albo do całej kategorii "Aktywnie z Dziećmi")

Ale ale, ad rem.


Podróże z dziećmi to przede wszystkim wyzwanie organizacyjne. Kiedy pojechać, jak i gidze, żeby te najważniejsze stałe punkty dnia zostały w miarę zachowane, spanie, aktywność, jedzenie, toaleta... Dorośli się dostosują, czują priorytety wycieczkowe, chodzi o przygodę, wrażenia, a nie o pełny brzuch (choć, po 2,5 roku we Francji punkt ciężkości się nieco zmienia...), czy komforty higieniczne, ale głodne czy niewyspane dziecko, jest po prostu Najnieszczęśliwsze Na Świecie i jakiekolwiek zwiedzania tracą wtedy totalnie sens. Z dwójką oczywiście to podwójna trudność, mieliśmy np taki moment, że Wilczek spał raz dziennie, koło 13-14, a Iskra, miała standardowo dwie drzemki - poranną i popołudniową i przy jednodniowych wypadach musieliśmy mocno kombinować, żeby każde dostało swoją porcje snu w miarę przyzwoitych warunkach.

Pakowanie!
Wszystkie dziecięce gadżety, o jakim nie śniło się minimalistom. Pieluchy, ukochane przytulanki, bidony, ubranka na zmianę, przekąski, w zależności od pogody kremy słoneczne / na mróz, rękawiczki i kapelusze od słońca, nocnik, apteczka... Jedziemy w sumie na parę godzin, a załadowani jesteśmy po dach.

Chaos poprzyjazdowy.
Wracamy zawsze za późno, dzieci są zmęczone, głodne lub śpiące (a najczęściej wszystko naraz). Wpadamy, sami zmęczeni i głodni z dzieciakami, wszystkimi bambetlami, z przyczepką, nosidłami, lub rowerkiem i wózkiem, ponaglani rozpaczą na dwa głosy. Zdarza się, że dzieci na kolacje powycieczkową często dostają makaron polany oliwą, albo bułę z masłem. Kładziemy ich spać, i wtedy ignorujemy graty na podłodze, albo zgarniamy burdello w jedno miejsce a potem starannie omijamy je wzrokiem, popijając piwko (dobre na zakwasy) i polegując miło.

Opcja muł pociagowy. 
Trzeba dzieciorzyznę i ich akcesoria tachać w nosidłach, czasem trzeba tachać zmęczonego rowerzystę (z rowerkiem rzecz jasna), albo ciągnąć słodki ciężar z nieocenionej królewskiej przyczepce. Nie jest źle w gruncie rzeczy, sprzęt mamy bardzo przyjazny i ułatwiający podróżowanie z dziećmi, ale, mimo wszystko, te kilogramy nie znikają...

Umykające wrażenia.
Wiele razy pisałam o tym, że podróżowanie z dziećmi jest po prostu inne, że inne są wrażenia, że ich intensywność koncentruje się gdzie indziej, że tak jest po prostu i nie ma co się nastawiać na bicie jakiś rekordów. Niemniej, czasem trochę żal, zwiedzania wieczornego, niektórych atrakcji, koncertów, oglądania zachodów słońca na plaży, beztroski i swobody.

Bywa, że mimo naszych starań organizacyjnych, nieletni strzelają focha.
Idą im zęby, niewsypali się, zaczyna im się infekcja (o czym dowiadujemy sie po fakcie oczywiście. To pzypadek ostatniej wycieczki) wstali lewą nogą po prostu. Wtedy zaciskamy zęby i czekamy, aż przejdzie, albo modyfikujemy plany (bo przecież chodzi o przyjemność, a nie obowiązek), robimy dłuższy piknik.

Problemy zdrowotne.
Pojęcie dość szerokie. U nas np. takim problemem okazała się choroba lokomocyjna (u obojga), skutkująca wieloma postojami na górskich serpentynach, miską specjalnego przeznaczenia obowiązkowo na wyposażeniu i bogatą garderobą do przebrania. Albo nagła gorączka, ugryzienie, upadek itp. Brr.

Zwykła, ogromna, odpowiedzialność, za drugiego, małego człowieka. 

Inne, nieprzewidziane trudności i wyzwania losu, które z maluchami zawsze powodują nieporównanie większe komplikacje. (vide nasza dwudniowa wycieczka rowerowa wzdłuż Rodanu).

Ale.
Sami się pewnie domyślacie, czy nas to zniechęca?








2 komentarze:

  1. Ja uwielbiam podrozowac z moimi dziewczynkami. Wysypiaja sie w aucie, albo w nosidle. Na co dzien marudne, na wycieczkach sa naprawde fajne. Niestety bede musiala znalezc sobie jakiegos tragarza dla Hanki!!! Chirurg naczyniowy zlapal sie za glowe, gdy mu opowiedzialam o naszych gorskich eskapadach. Na dokladke nadwyrezylam kregoslup. Teraz to juz chyba wakacje pod palmami sa mi pisane ;P. Panny na szczescie coraz wieksze, choc nie wiem, czy bedzie im sie podobalo lazenie po gorach na wlasnych nogach :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, zaczyna się ten czas, kiedy już się dzieciarni nie weźmie pod pachę tam, gdzie się chce, teraz dojdzie jeszcze ich samodzielne chodzenie;)
      Słabo Ruda, że tak się nadwyrężyłaś, jakoś Cię nie widzę na plaży;) Zdrówka, może bez obciążenia będzie ok;)

      Usuń

Dziękuję za spędzony u mnie czas i każdy komentarz. Jeśli spodobał Ci się ten post, będzie mi miło jeśli go zalajkujesz / udostępnisz:) Pozdrawiam!