środa, 17 września 2014

O rodzicielstwie we Francji. I w Polsce. Część I





Rzecz mnie dotyczy i natykam się na niego na każdym kroku, więc pomyślałam, że o tym napiszę. A już zwłaszcza, że po poradnikach o francuskim stylu, francuskiej kuchni, powstał poradnik dotyczący wychowywania dzieci à la française (nie czytałam go, ale co tam, wypowiem się).


Temat dość ciekawy, podobno w "Paryżu dzieci nie grymaszą", a Francja jest bodajże jedynym krajem w Unii Europejskiej mającym dodatni przyrost naturalny. I nie jest to tylko spowodowane ciągle narastającą imigracją z krajów muzułmańskich, w których duża rodzina jest wartością samą w sobie. "Rdzenne" Francuzki też decydują się na więcej niż jedno dziecko - dwoje czy troje to zupełna norma, czworo tez nie stanowi patologii, ani nie jest powodem do współczucia/kiwania z pobłażaniem głową.

Poza ilością dzieci jest jeszcze cała masa różnic między podejściem do dzieci we Francji i w Polsce, zastanawiam się, czy nie stanowimy jakiś skrajnych biegunów...

Wszystko zaczyna się już w ciąży. W Polsce uderzające jest medyczne podejście do tematu, USG przy każdej wizycie, obowiązkowa masa badań, prowadzenie ciąży przez lekarza. Francuzki ciążę traktują znacznie luźniej, standardowo pracują do połowy ósmego miesiąca (no, chyba, że ciąża jest faktycznie zagrożona, ale albo tutaj jest mniej takich przypadków, albo znowu decyduje luźniejsze podejście), ciążę prowadzi położna (albo lekarz rodzinny. Ja chodziłam do położnej, wydało mi się to naturalniejsze).  Generalnie ciąża jest traktowana bardzo naturalnie, co ma swoje dobre i złe strony. (Bo w końcu ciąża to najnaturalniejszy stan pod słońcem, ale jednak dość wyjątkowy i chce się być traktowaną wyjątkowo. Przynajmniej ja chciałam).

Sam poród... Cóż, chyba ciężko mi sie na ten temat wypowiedzieć, jako że w Polsce trafiłam chyba najgorzej, jak można i wiem, że (na szczęście) moje przeżycia nie są powszechne. Nie wiem też, jak sprawy się mają w innych szpitalach we Francji. W każdym razie, poza oczywistymi różnicami w wyposażeniu szpitala, w warunkach lokalowych, w szpitalnej diecie, wynikającymi z pieniędzy lub ich braku, najbardziej uderzyła mnie różnica w podejściu personelu. Podczas pierwszego porodu czułam się totalnie wyzuta z mocy, byłam po prostu pacjentką (z tendencją do bycia petentką), kolejną tego dnia, która prawie przeprasza, że poród postępuje tak wolno, a zwracano się do mnie w trzeciej osobie ("niech się rozbiera i położy" - SERIO), albo per dziecko zamiennie z kochanie (co nie było jakieś chamskie, ale jednak dość upupiające), albo, już później "niech mama" (jaki awans społeczny...) We Francji od początku do końca traktowano mnie podmiotowo, dawano prywatność, podchodzono z szacunkiem do mojego ciała i do moich emocji. Myślę, że duży wpływ miało właśnie podejście personelu na to, że pierwszy poród zakończył się cesarskim cięciem, a drugi, choć też nie najłatwiejszy, był naturalny.

A co po porodzie? Po porodzie polskie kobiety skupiają się maksymalnie na dziecku - jego jedzeniu, przybieraniu na wadze, kupkach i spaniu. Francuskie poradniki pełne są tekstów o tym, jak najszybciej odzyskać figurę, o formach opieki nad dzieckiem i metodach antykoncepcji.

O tym co jeszcze po porodzie, przeczytacie w następnym odcinku, bo tekst mocno mi się rozrósł.

4 komentarze:

  1. Zgadzam się. Nie miałam tego "wątpliwego" szczęścia rodzenia w Polsce, ale początek ciąży (dodam, że patologicznej) odbyłam w Polsce. Widziałam wielką różnicę w leczeniu i samym podejściu. W Polsce tego wszystkiego było za dużo - miałam zwolnienie od 3 miesiąca ciąży, ale nie było innego wyjścia, wśród specjalnych diet i tysiąca wizyt i badań. Po przyjeździe do Francji wszystko zostało na nowo uregulowane, na francuską modłę. I powiem szczerze, wolę tę francuską modłę, bo daje ona miejsce matce, nie jest jedynie skoncentrowana na dziecku. W Polsce czułam się dosłownie jak inkubator - moją jedyną rolą, według personelu medycznego, było donoszenie tej ciąży. I jak w takich warunkach cieszyć się z błogosławionego stanu? Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na szczęście oba porody w polskich szpitalach wspominam dobrze - może dlatego, że porody nie były zbyt trudne, a może dlatego, że dobrze się mną opiekowano. Za pierwszym razem byłam w dofinansowanym wypasionym szpitalu, gdzie standard był bardzo nie-polski mimo, że to zwykły nfz. Za drugim razem byłam w takim bardziej prl-style - porodówka była wprawdzie odremontowana, i rodziłam w wodzie nawet na pięknej sali rodzinnej, ale jak trafiłam do sali poporodowej, już z dzieckiem tooo.. szok. Łazienki na korytarzach, pięć mam na sali, obleśne jedzenie.. brrr. no ale nie mogę narzekać na personel, w sumie to naprawdę nie mam na co narzekać :) Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg Twojego tekstu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogę sie wypowiedzieć, bo mamą jeszcze nie jestem, ale wydaje mi się, że i polskiego i francuskiego podejścia są plusy i minusy. Najważniejsze to działać w zgodzie z samym sobą, ze swoją naturą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. dzięki dziewczyny za komentarze.
    Paulina, fajnie, że jesteś zadowolona z francuskiego porodu. A jak Ci się tutejsze podoba podejście do wychowania?

    Ruby, no właśnie, wiele moich znajomych ma bardzo dobre wspomnienia po porodach w Polsce. A ja trafiłam na jakiś koszmarek;)

    Jagoda. Dokładnie, zgoda ze sobą to najważniejsze. Tylko czasem w ciąży traci się ze sobą kontakt i zaczyna słuchać "dobrych rad" z zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za spędzony u mnie czas i każdy komentarz. Jeśli spodobał Ci się ten post, będzie mi miło jeśli go zalajkujesz / udostępnisz:) Pozdrawiam!