poniedziałek, 24 marca 2014

any day now

 

Jeszcze jedna wycieczka przed Zmianami.

Zaopatrzyliśmy się ostatnio w świetny przewodnik po okolicach Lyonu. Okazuje się, że z każdej strony są jakieś piękne miejsca do przemierzenia, zobaczenia. Tym razem udaliśmy się na wschód - w piękny, pagórzasty, malowniczy region Monts du Lyonnais. Pochodziliśmy, pooddychaliśmy lepszym powietrzem (w Lyonie wtedy stan pogotowia w związku z zanieczyszczeniem powietrza, zupełna nowość dla mnie, szczęśliwego mieszkańca czystego wschodu Polski), na górze z pieknym widokiem zjedliśmy ciacho bananowe.









piątek, 21 marca 2014

gdybym miał łódkę, jakieś żagle, czy coś


Może to ta moja kulistość, a może klasyczny syndrom "marzy mi się niemożliwe na daną chwilę", może pierwsze w tym roku wiosenne wycieczki... Ale chce mi się podróży. Najchętniej dalekiej, z plecakiem i namiotem. Wsiadłabym do pociągu, na statek jakiś, poszwendała...

Ale nie. Teraz trwa czas zamknięcia i zwrócenia się do środka. Czas wyłączenia się ze świata zewnętrznego i totalnego skupienia się na tym wewnętrznym. Na tym, co w środku.




Nigdy jeszcze słowa "dla świata jesteś nikim, lecz dla kogoś możesz być całym światem" nie były tak prawdziwe...

sobota, 15 marca 2014

Annecy



We Francji piękna wiosna. Korzystamy i gdy tylko możemy wybieramy się na bliższe i dalsze spacery i wycieczki.

Ostatnio pojechaliśmy znowu do Annecy. Poprzednio byliśmy tam w lecie, było potwornie gorąco i w sumie jakoś specjalnie samym miastem się nie zachwycaliśmy, bo mury były nagrzane i woleliśmy korzystać z uroków gór i jeziora. Tym razem była okazja docenić samo miasto. Przeurocze, z piękną zabudową. Powstało ono jeszcze w czasach rzymskich, a jego złote lata przypadły na wiek XVI, gdy stało się ważnym ośrodkiem kontrreformacji. Miasto przecinają urocze kanały, nazywane bywa zresztą "alpejską Wenecją".Na jednym z nich możemy oglądać charakterystyczny budynek w kształcie łodzi (podobno jeden z najczęściej fotografowanych obiektów we Francji), który pełnił funkcje siedziby kasztelana, budynku administracyjnego, wreszcie więzienia, a teraz znajduje się tam muzeum.

Czas w Annecy spędziliśmy arcyprzyjemnie, zjedliśmy słynne tartiflettes z tutejszym serem reblochon, przepyszne.
A potem wspaniała sjesta, nad pięknym jeziorem, z obłędnym widokiem, słońcem i boskim, górskim powietrzem...










środa, 12 marca 2014

Luksus, czyli jakość życia po francusku



Natchnęła mnie Asia ze Styledigger.
Napisała o luksusie. Jak zwykle świetnie, jak zwykle dogłębnie analizując temat, i jak zwykle mam podobne zdanie na ten temat. Bardzo polecam przeczytać.

Napisała o jakości życia, o unikaniu bylejakości, o luksusie dla siebie. Podejście bardzo mi bliskie, i bardzo popularne tu, we Francji. Oczywiście będę generalizować.
Luksus często kojarzy się z drogimi ubraniami od projektantów. Mam wrażenie, że często już nazwy domów mody są wymawiany z jakimś nabożnym szacunkiem. Tutaj natomiast logo to po prostu nazwa marki.
O francuskim szyku napisano już chyba tysiące poradników i faktycznie jest on bardzo widoczny. to szyk trochę od niechcenia, w Lyonie szczególnie rzucają mi się w oczy tak wyglądający mężczyźni, i kobiety po pięćdziesiątce. To nie jest wypracowana stylizacja, to strój na zasadzie "wstałem rano, przeczesałem palcami włosy, włożyłem jakieś ciuchy i wyglądam obłędnie". Gdy przyjrzymy się bliżej dostrzegamy, że włosy są doskonale obcięte, buty świetnej jakości, a ciuchy z rewelacyjnych materiałów.

Myślę, że można stwierdzić, że tutaj luksus jest skierowany do samego siebie, nie na pokaz, jest przejawem szacunku do siebie. A Francuzi szanują się i dbają o siebie. Wielopoziomowo.

Są bardzo aktywni, codziennie w parku biegają dzikie tłumy. Do metra, na przystanek, czy po dziecko do szkoły podjeżdżają na hulajnogach. Masowo jeżdżą na rowerach. W zimie co weekend autostrady wiodące w góry wypełniają się samochodami z nartami na dachu, w lecie jeżdżą na trekking.

Słynna francuska kuchnia może i jest pełna kalorycznych bagietek, croissantów, tłustych serów i wina. Ale je się tez mnóstwo ryb i owoców morza, a mięso raczej nie w formie kotleta z grubą panierką. Pieczywo kupuje się w niewielkich piekarniach, gdzie wszystko wypiekane jest na miejscu ( i to w tradycyjny sposób), a do wszystkiego jest mnóstwo warzyw, do nabycia na bardzo popularnych targach, od prawdziwego francuskiego rolnika z ziemią za paznokciami. Na targu zresztą można tez kupić trufle, za jedyne 900 euro za kg. I ktoś je prawdopodobnie kupuje... Zdecydowanie można poczuć się luksusowo. Ale generalnie liczy się to, że kupujemy i będziemy się karmić czymś, co ktoś bardzo konkretny dla nas wyhodował, wypiekł, złowił (czy zebrał z pomocą swojej świni...)

W ciągu tygodnia pracują do późna, co nie jest korzystne dla życia rodzinnego. Ale za to nadrabiają w weekendy. Potrafią wspaniale odpoczywać. Czytają dużo książek, mnóstwo osób gra na instrumencie, czy śpiewa. Wycieczki, spacery, przeróżne parki, pikniki, zabawy na świeżym powietrzu - wszędzie jest pełno francuskich rodzin. I wszystkie te miejsca są świetnie do tego przystosowane.

Kupują samochody po to, żeby nimi jeździć, a nie imponować. Samochód jest od jeżdżenia (a zderzaki od zderzania, co widać zwłaszcza przy parkowaniu równoległym), ma wartość użytkową, a nie jest przedmiotem kultu.

Dbają o estetykę. Przeurocze francuskie miasteczka bez jaskraworóżowej blachodachówki, ulice bez krzykliwych reklam, dość jednorodne elewacje budynków... A ładne otoczenie ogromnie wpływa na ogólnie pojętą jakość życia.

Oczywiście nie jest sielankowo i idealnie, o czym pisałam tutaj.
Jest też sporo ortalionowych dresów i mocno nażelowanych włosów. Mc Donald's cieszy się sporą popularnością, przedmieścia są zabudowane szkaradnymi blokowiskami, a wielkie centra handlowe codziennie (w weekendy też) wypełniają miłośnicy sieciówek.
Są chyba jednak świadomi (niektórzy aż za bardzo...) i bardzo dumni z tego la vie à la française. Myślę, że warto brać przykład i podarować sobie odrobinę luksusu po francusku.

niedziela, 9 marca 2014

waiting for you to hear my song



Nie, jeszcze nie urodziłam...

Zaczyna się ten okres, kiedy każdą rozmowę rozpoczynam tym tekstem.
Zaczyna też docierać do mnie, że śmiesznie krótki czas dzieli mnie od bycia Mamą Dwójki. Zaczynam ogarniać temat wyprawkowy, zaglądam do pudełek z maleńkimi ubrankami jak dla lalek i te z autkami zastępuję kokardkami, falbankami i bufkami (ale niekoniecznie kolorem różowym). Cieszę się z tej niewielkiej różnicy wieku, tego, że nie zapomniałam jak wygląda obsługa noworodka, z oszczędności na wszystkim, czego się nie pozbyliśmy myśląc właśnie o Numerze Drugim. I z dwuosobowej przyczepki rowerowej... Wiosna pełną gębą, już czekam na mniejsze i większe przejażdżki.