środa, 26 lutego 2014

pierwszy piknik


I zaczęło się. Zakwitły forsycje i krokusy, czas ruszyć w drogę.
Chcieliśmy pojechać trochę dalej (i wyżej), ale uznaliśmy, że lepiej nie ryzykować porodem w Alpach... Tak czy inaczej, byliśmy pod wrażeniem. Godzina drogi wystarczyła, by znaleźć się trochę ponad światem, żeby trochę powgapiać się w ten świat jeszcze wyżej, nasycić uszy cichym i miarowym brzmieniem własnych kroków. 

Spędziliśmy tez błogie chwile na kocu, delektując się pierwszym w tym roku piknikiem. Słońce przygrzewało, wietrzyk delikatnie powiewał, a świat pachnąc obłędnie i brzmiąc ptasimi trelami budził się do życia.








niedziela, 23 lutego 2014

tęsknoty


U schyłku tej ciąży chyba mniej niż poprzednio delektuję się stanem błogosławionym.

Wtedy pisałam o usprawiedliwionym lenistwie, gdy organizm i tak wykonuje najniezwyklejszą i najwspanialszą pracę na świecie - tworzy życie. Dobrze mi było, upajałam się samym byciem w ciąży, nie mogłam napatrzeć na mój doskonały, kulisty kształt...

Tym razem, gdy tylko mogę też staram się sobą napawać. Słucham siebie, zachwycam dwoma bijącymi we mnie sercami.

Ale i tak jakoś mam ochotę na tatara. Sushi. Albo ostrygi z dużą ilością wina.
Szpilki bym założyła.
Tęsknię za pomalowaniem paznokci bez zadyszki i kopniaków w żołądek.
Za rowerem tęsknię.
Za imprezą konkretną. Z wódką.
Za tańcem do utraty tchu.
Za głośnym koncertem.
Za spaniem na brzuchu.
I, chociaż wiem, że może być trudno, to tak strasznie już tęsknię za tym maleństwem, prawie gotowym.






wtorek, 18 lutego 2014

...dzieści


Nazbierało się tych świeczek na torcie. Trochę głupio w sumie, ledwo się zmieściły... Ale nie codziennie zmienia się 2 na 3...
Zwłaszcza teraz, kiedy przemijanie i upływ czasu przywołuje raczej miłe skojarzenia -w końcu wraz z upływem czasu Nowe Życie we mnie jest coraz bardziej gotowe na przyjście na świat. A drugie, Młode Życie rośnie, odkrywa, uczy się.

Podsumowania i bilanse niby robiłam, ale chyba trochę pro forma. Nigdy nie byłam typem, który nie ma czasu zastanowić się nad życiem i nagle budzi się na emeryturze z myślą, że "w sumie to inaczej chciałem przeżyć to życie". Szczególnie teraz, w tym ultra macierzyńskim okresie, takie myślenie o życiu, o sensie, o marzeniach jakoś mnie często dopada.

I tak sobie podsumowuję różne moje wybory i porównuję do tego, co sobie wyobrażałam w tzw młodości durnej i chmurnej. Nie wyjechałam co prawda na misję do Afryki, ale jest dobrze, bo (jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi) mam na co dzień poczucie sensu po prostu.

Trochę tylko dziwnie już nie mieć dwudziestu-kilku lat...

A poza tym, no cóż... W krzyżu łupie, nogi bolo, zgaga pali...

poniedziałek, 10 lutego 2014

(przed)smak życia


Byłam ostatnio w kinie na najnowszej części Smaku życia, Casse-tête chinois. Bawiłam się dobrze, trochę pośmiałam, podobała mi się muzyka. Miło było też zobaczyć, co słychać u bohaterów.

I z sentymentu sięgnęłam do pierwszej części... Pamiętam doskonale, bo byłam wtedy jakoś na początku studiów. Jako, że należę do pokolenia "przełomu", które wczesne dzieciństwo spędziło jeszcze w czasach komunizmu, a dzieciństwo późniejsze w nieco pokracznych latach 90, tzw "zachód" i wielki, multikulturowy świat i międzynarodowe znajomości to było coś, co uwiodło mnie totalnie.
Miałam za sobą trochę doświadczeń tego typu z wymian w czasach szkolnych, ale "hiszpańska oberża" wydawała się wielokulturowym rajem. Jedno, co szokowało (i w sumie dalej szokuje, chociaż wiem, ze na tym tez polega koloryt filmu), to rozpadające się związki i nagminne zdrady traktowane lekko i totalnie naturalnie. Zachwycały za to ich imprezy, otwartość, nocne włóczenie się po mieście, nowe języki, i Barcelooona...

Uznałam, że to właśnie jest istota studiów filologicznych, że tylko tak można poznać i poczuć kraj i język. I pojechałam, na trzecim roku - nie był to erasmus co prawda, tylko staż we francuskiej szkole, i nie Barcelona, a małe francuskie miasteczko, ale zasmakowałam "Smaku życia". Wspólne mieszkanie w sosie polsko-niemiecko-amerykańsko-chilijskim, spontaniczne imprezy i rozmowy o życiu bardzo serio-serio. I podróże wspólne, ze zniżkową kartą studenta, tanimi hotelikami...
Plany i marzenia, i cały świat (wszystko przez to międzynarodowe towarzystwo) stał u stóp.

I teraz, na chwilę przed trzydziestymi urodzinami, gdy o tym rozmyślam to trochę tęsknię czasem za tamtym okresem rozbuchanej wolności, braku obowiązków i odpowiedzialności. Za spontanicznością i beztroską. Za tym poczuciem "mogę wszystko", oceanem możliwości, wyborami, które dopiero się miały dokonać. I za nocną włóczęgą i imprezami do rana bez myśli, że może jednak dobrze byłoby już się położyć, bo dziecię o poranku nie zna litości.
Ale w sumie tylko czasem tęsknię.
Bo to, co jest teraz, to dopiero jest smak życia. I zapach. I dotyk ciepłych łapek. I brzmienie słów. I widok uśmiechniętego dzieciaka, najpiękniejszy na świecie.


piątek, 7 lutego 2014

coming back to life


W takie dni lubimy jeździć na spacer gdzieś dalej i trochę się nacieszyć świeżym powietrzem.

Takie dni, kiedy czuje się zbliżającą pobudkę z zimowego snu. Gdy zimowo łyse drzewa nabierają nowego wdzięku, gdy czuć, że życie zaraz buchnie. Takie dni, kiedy czuje się zespolenie jakieś z naturą, ma się ochotę zdjąć buty, chodzić na bosaka po mokrej trawie i czerpać z ziemi tę energię przedwiosenną, napędzającą do życia. Do drzew się przytulać i wgapiać w rosnącą trawę i cieszyć z cudownej przynależności do tego świata.







środa, 5 lutego 2014

Perfect conversation is the rain


U nas deszczowo.

"nie chce mi się dzisiaj nic
nawet chcieć się nie chce dziś
wieczór zapadł po to bym
mógł się zapaść razem z nim"


Szarość i mokrość. Jakiś marazm ogarnia.
Cóż, kiedy do wieczora jeszcze trochę, a marazm nie miewa w zwyczaju ogarniać niespełna dwulatków. O nie, niespełna dwulatek w deszczu kwitnie i jest taki zadowolony z życia, że aż mi głupio. Głupio mi, że wyprowadzają mnie z równowagi drobiazgi, że od dwóch dni planuję odkurzyć i jakoś mi się nie chce, że na spacerek wychodzę z najwyższą niechęcią. Ale on tego nie zauważa zupełnie, nie zraża się moją leniwą postawą. Zachwyca się szarością i deszczem, bada kałuże, zaśmiewa się goniąc gołębie i niestrudzenie wybiera kamyki, żeby chlupnąć nimi do wody. Każda przeszkoda, która mnie doprowadza do szału albo do łez (zwalam to na ciążowe hormony), dla niego jest wspaniałym wyzwaniem do podjęcia. Niepowodzenia są tylko zachętą do kolejnych prób. Każdy, nawet najmniejszy sukces powoduje eksplozję radości i zachęca do pójścia o krok dalej.

 

Niezły z niego kołcz.

niedziela, 2 lutego 2014

muzeum Lumière


Pisałam już, że Lyon to miasto światła. Tak się składa, że francuscy pionierzy kinematografii, która przecież ze światłem ma wiele wspólnego, nazywali się Lumière (czyli światło właśnie). Do muzeum im poświęconego wybraliśmy się ostatnio, w ramach "gdzie by tu się ruszyć, gdy zimno i pada".

Muzeum znajduje się w imponującej willi Antoniego Lumière (ojca wynalazców). Była nazywana także zamkiem Lumière, co nie dziwi, gdy patrzy się na rozmach z jakim została zaprojektowana. Nie jest duże, ale pozwala zapoznać się z historią powstania kinematografu i kina jako takiego. Bracia Lumière mieli też spory wkład w rozwój fotografii, wynaleźli np autochrom - technikę otrzymywania kolorowych fotografii, na specjalnej szklanej płytce.

Makieta "zamku Lumière" 


 prehistoria kina, czyli zabawa iluzją.

 Klimatyczny plakat zapraszający na pierwsze pokazy filmowe.

 Pierwsze zdjęcia w ruchu



A to sypialnia Augusta Lumière.